Blog ten powstał z sentymentu. Z sentymentu do miasta w którym się urodziłam, a które dziś przedstawia zupełnie inne oblicze niż dawniej. Mam tu na myśli czasy, których nie mogę pamiętać, ale które bardzo działają na moją wyobraźnię. Czasy, kiedy miasto się rozwijało i było zarówno przemysłowym jak i kulturalnym miejscem dla ludzi różnych narodowości. Dawny Sosnowiec od zawsze kojarzy mi się z "Ziemią Obiecaną" Reymonta. Tu podobnie jak w Łodzi współistnieli polscy przedsiębiorcy, żydowscy sprzedawcy wszystkiego co dało się sprzedać i niemieccy przemysłowcy, którzy na długo zadecydowali o charakterze tego miasta. Nie brakowało sklepów, zakładów usługowych, kin czy restauracji. Rozwijała się oświata, kultura, również w dużej mierze za sprawą ludności napływowej. Wielokulturowe miasto tętniło życiem... Późniejsza wojenna i powojenna historia wiele zmieniła. Chciałabym aby mój blog oddał choć trochę ducha tamtych barwnych czasów

2 kwietnia 2012

Mój fotograficzny skarb

Od jakiegoś czasu zbieram sobie fotografie z dawnych sosnowieckich zakładów fotograficznych. Na najstarsze z nich mnie nie stać, ale czasami trafiają się  w sieci okazje na które mogę sobie pozwolić. Do tej pory moje najstarsze fotografie pochodziły  z lat co najwyżej dwudziestych. Teraz udało mi się kupić fotografię starszą . Myślę, że może być co najmniej stuletnia (jeśli się mylę, proszę mnie poprawić). Jest to gabinetowe zdjęcie rodzinne (Cabinet Card) zrobione w jednym z najstarszych atelier w Sosnowcu, a mianowicie w zakładzie fotograficznym Jana Zorskiego z siedzibą przy ulicy Modrzejowskiej 11.



Rewers zdjęcia pokryty był w całości  czarnym "czymś", ponieważ fotografia wyglądała na odklejoną od albumu. Postanowiłam być dociekliwa, pracowicie usunęłam to co zbędne i moim oczom ukazał się taki mocno sfatygowany obrazek. Widnieją tu adresy sosnowieckiej i będzińskiej filii atelier.

4 komentarze:

  1. Uprzedzam lojalnie, że całkiem przypadkowo i to zaledwie kilka minut temu trafiłem na ten blok o Sosnowcu. Już na pierwszy spojrzenie nawet wybrednego oka widać piękną grafikę portalu i niezwykłą też kolorystykę, i dobór prezentowanych zdjęć. Nie jestem z zawodu malarzem, ale kilkudziesięcioletnie paranie się pędzlem i farbami, myślę że daje mi glejt, bym mógł śmiało i na tym bronionym przez zawodowców polu coś od siebie jako amator szepnąć.
    Któraś z Szanownych Pań pisze:- „Chciałabym aby mój blog oddał choć trochę ducha tamtych barwnych czasów”. Konic cytatu.
    Proszę więc minionych lat kiczowato nie koloryzować tak jak to niestety czyni wielu współczesnych, którzy wspominają przeszłość Sosnowca. Sosnowiec jest takim specyficznym miastem, że kto pamięta z własnej autopsji jego wizerunek z lat 50. , a nawet 60. XX wieku, to może z powodzeniem wspominać nawet odległe już lata XX wieku. Bo tutaj na przestrzeni tych lat prawie się nic nie zmieniało. A kto pozyskał wiedzę od swoich bliskich, czy znajomych, a wywodzących się rodzinnymi korzeniami z tych miejsc z pierwszej połowy XIX wieku, to może z powodzeniem sięgnąć pamięcią nawet i do lat z końca drugiej polowy XIX wieku.
    Niektórzy wspominają o pięknych zakładach fotograficznych i kawiarniach na Pogoni.
    Odnośnie zakładów fotograficznych.
    Najczęściej były to malutkie kitki usytuowane na parterze, a składające się z malutkiego przedpokoju, gdzie odbywały się wstępne rozmowy z klientem i załatwianie wszelkich formalności związanych z nabyciem i sprzedażą zdjęcia. Znacznie większym pomieszczeniem był już pokój – atelier, najczęściej o wymiarach 2,5 – 3 X 4 - 5 metrów. Obok tych pomieszczeń była jeszcze malutka „kanciapa” (ciemnia fotograficzna zasłonięta czarną kotarą), gdzie właściciel lub współpracująca z fotografem osoba na krześle, lub taborecie za marne grosze „obrabiała” wykonane zdjęcia.
    Odnośnie kawiarenek i restauracji.
    Na Pogoni w zasadzie nie istniały kawiarnie, powiedzmy nawet takie jak w pobliskich Katowicach. Zaborca carski bowiem za podstawowy napój uznawał tylko picie herbaty. W związki z całkowitym brakiem elektryczności do 1904 roku używano więc do zaparzania herbaty w zasadzie „samowar”. Ten przyrząd nie był jednak elementem dostępnym każdej rodzinie. W naszej rodzinie wypolerowany mosiężny „samowar” jeszcze stał w 1960 roku jednak już całkowicie bezużyteczny w sypialni. Moja żona, która swe korzenie wywodzi z Katowic była tym „cudem techniki” kompletnie zaskoczona. Picie kawy w sosnowieckich rodzinach, a wywodzących swe korzenie z zaboru Rosji carskiej było zjawiskiem zupełnie nieznanym. Znam to zjawisko doskonale z własnej autopsji. Przepraszam za skróty myślowe.
    Restauracje, zwane popularnie przez mieszkańców z mojej Pogoni „mordowniami” były dwie. Jedna mieściła się w rogowym budynku przy ul Czeladzkiej i Będzińskiej, a druga przy ul. Nowopogońskiej (koło ul. Racławickiej). Obydwa budynki, w których na parterze były zlokalizowane te „mordownie” już nie istnieją. Może jeszcze tylko wspomnę, że personel kierowniczy z tych dwóch restauracji jest odpowiedzialny moralnie za doprowadzenie stosunkowo dużej ilości mieszkańców do potwornej choroby alkoholowej. Takich przypadków i ludzkich tragedii już po 1945 roku znam wiele.
    To tyle na kolanie i zastosowanie poważnych skrótów myślowych.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuję za ten komentarz. Jestem pod wrażeniem znajomości faktów historycznych wyszczególnionych mi tutaj przez osobę jak sądzę starszą ode mnie (szkoda, że nie podpisaną imieniem i nazwiskiem -wiedziałabym do kogo się zwracam) Nie bardzo rozumiem co anonimowy czytelnik chce mi zarzucić. Że kolorystyka mojego bloga nie pokrywa się z prawdą historyczną ? Trudno! Idąc tym tropem powinno tu być szaro - czarno tak jak ciężkie było codzienne życie sosnowieckich robotników. Ależ ja sobie doskonale zdaję z tego sprawę. Nawet porównując zapisy w dzisiejszych gazetach i prasie sosnowieckiej z dawnych, dawnych lat można odnaleźć takie same narzekania na miejskich włodarzy. Na przykład odnośnie tego, że wszędzie w okolicy już mają brukowaną nawierzchnię na ulicach a u nas prawie polne drogi i błoto. Teraz jest podobnie, być może się tylko tematy zmieniły, ale władzom nadal nie zależy na wizerunku tego interesującego historycznie miasta. I dlatego ja i inni pasjonaci tematu staramy się Sosnowiec pokazać od tej jaśniejszej strony, także w ujęciu historycznym . Jeśli anonimowy czytelnik był łaskaw zauważyć tematyka mojego bloga dotyczy w dużej mierze sosnowieckich fotografów i niestety nie ma znaczenia , że te zdjęcia były robione w ciasnych klitkach dawnych zakładów fotograficznych. Ma natomiast znaczenie jak one wyglądały. Przepięknie, czego nie można powiedzieć o dzisiejszych zdjęciach robionych komputerowo i obrabianych w nowoczesnych i zaawansowanych technicznie fotolabach. Dlatego drogi anonimowy czytelniku pozwolisz, że będę prowadziła tego bloga w sposób jaki najbardziej mi odpowiada, w stylistyce jaka najbardziej mi odpowiada. Bo uważam, że przy całej swojej świadomości historycznej i szanowaniu historii wcale nie muszę jej tu odgrzebywać do bólu. Moi przodkowie też nie należeli do jakiejś specjalnej sosnowieckiej elity, często ich losy były tragiczne (polecam post o Tadeuszu-moim sosnowieckim bohaterze) To, że o nim piszę, tak samo jak to, że wiem, że takich tragicznych losów było więcej, jeszcze nie oznacza, że nie mogę próbować pokazać tego co miasto miało pozytywnego czy też ciekawego kiedyś do zaoferowania. Bo miało znacznie więcej niż obecnie choćby pod względem kulturalnym i handlowym (wystarczy przestudiować starą prasę zagłębiowską) A jeśli chodzi o mój blog, to myślę, że trudno wyrobić sobie zdanie czytając jedynie wprowadzający tekst na górze. Zapraszam więc do lektury całości i czytania ze zrozumieniem. Jeśli nie odpowiada Ci treść anonimowy czytelniku to niestety musisz poszukać sobie innego miejsca w sieci. Może na zakończenie przywołam jeszcze treść mojego pierwszego posta na tej stronie, żeby było wszystko jasne. Zaczynając przygodę z blogiem napisałam tak: "Tytułem wstępu chciałabym zaznaczyć, że to co chcę tu zamieszczać będzie bardzo subiektywne. Nie zależy mi na prezentowaniu elaboratów historycznych na temat mojego miasta, gdyż można je znaleźć w wielu innych miejscach w sieci i nie tylko. Nie mam również ambicji, aby pisać w sposób "naukowy" o Sosnowcu. Niekoniecznie chcę się skupiać tylko i wyłącznie na najbardziej znanych mieszkańcach naszego miasta. Chcę pisać tak jak mi się podoba i o tym co aktualnie najbardziej mnie interesuje. A interesuje mnie przede wszystkim klimat, różnorodność, człowiek, wielokulturowość, moment życia, chwila zatrzymana w kadrze zdjęcia. Niech będą to migawki z których składa się historia tego interesującego miasta." Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uważam, że autorka bloga robi coś wspaniałego. Tym samym nie rozumiem komentarza Anonima. Anonima, który zaznacza, że jest malarzem. Ale cóż to za malarz, który boi się kolorów przeszłości, nawet jeżeli teraz odbierane są jako kicz? Może kiedyś faktycznie były tylko szare, zgniłe czy też- wybaczcie za słowo...gówniane....ale to były kolory. Zostawić historię taką jak oglądamy na zdjęciach? Szarą, nijaką? O nie Anonimku...Ty wymień swoje farby na białą i czarną... i tak buduj swoją historię a tą prawdziwą zostaw dla takich osób jak autorka tego bloga. Bo w jej pisaniu jest nie tylko kolor...ale też zapach tych małych zakładów fotograficznych, tych ostrych zapachów perfum kobiet z kokami na głowie i duszącego dymu z tytoniu panów w kapeluszach. I Dario...masz dalej robić to co robisz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie Ci Nesso dziękuję za ten komentarz. Przepraszam, że dopiero teraz go zauważyłam. Jest dokładnie tak jak piszesz. Nasze miasta, mój Sosnowiec czy Twój Olsztyn miały kiedyś swój specyficzny koloryt i klimat. I staramy się to "wyławiać" z całego historycznego kontekstu. Przecież to wszystko razem składa się na historię tych miejsc. Ten szaro - kolorowy kontrast potwierdza doskonale przykład mojego pradziadka Józefa urodzonego w 1896 roku, który był robotnikiem, pracownikiem między innymi jednej z sosnowieckich cegielni, a jednocześnie człowiekiem kulturalnym, który swoje dzieci zabierał w niedzielę do kina a wracając z pracy niósł dla nich w papierowej torbie mandarynki. Tak zapamiętał go mój dziadek a jego syn. Niemożliwe? A jednak! Nic nie jest czarne czy białe wyłącznie. Nesso bardzo mnie podbudowałaś :) Cieszę się, że są osoby myślące i czujące podobnie jak ja. Dla nich jest ten blog.

      Usuń